Coś z tradycji irladzkich , a bardziej celtyckich
Beltaine
Lughnassadh
Samhain
Imbloc
Irlandczycy, Szkoci i inne celtyckie nacje do dzisiaj, pomimo wielu przeciwności, zachowali mnóstwo tradycji i ludowych zwyczajów. Co prawda postępująca cywilizacja zniszczyła wiele z nich, ale potrzeba wyróżnienia się, wyodrębnienia z angielskiej zwierzchności sprawiła, że wiele z nich przetrwało nadzwyczaj długo, czasem wręcz do dzisiaj. W każdym zakątku celtyckiego świata odbywają się uliczne parady związane z jakąś lokalną tradycją, w domach kultywowane są zwyczaje, które przekazywane były przez wiele pokoleń. Co ciekawe, wiele z tych tradycji ukazuje jedność, która kiedyś istniała wśród Celtów - w każdym z dzisiejszych krajów zamieszkałych przez ich potomków odnaleźć można podobieństwa łączące poszczególne święta czy inne okazje do zabawy bądź zadumy. Co ciekawe, niektóre z tych zwyczajów niejako przeniosły się "na zewnątrz", sztandarowym przykładem jest kojarzone z Ameryką Halloween, które ma swoje odwieczne celtyckie korzenie, także sporo bożonarodzeniowych zwyczajów spotykanych w anglojęzycznym świecie ma swoje irlandzkie korzenie (to jeden ze skutków masowej emigracji Irlandczyków na przestrzeni wieków)
Beltaine
(czasem zwane Beltane, po szkocku Bealtuinn, po mańsku Shenn da Boaldyn, po walijsku Galan-Mai) jest jednym z najważniejszych celtyckich świąt. Źródłosłów tej nazwy jest dosyć niejasny. Na 100% słowo tene oznacza ogień, ale już pochodzenie drugiej części nazwy jest nieznane - być może pochodzi od imienia boga Bela (Belenusa), galijskiego boga pasterzy (choć inni z kolei twierdzą, że był on bogiem ognia i światła) i ta wersja jest chyba najbardziej prawdopodobna. Ale możliwe też jest, że pochodzi ona po prostu od słowa brilliant, czyli „wspaniały” albo też od gaelickiego bil tene, czyli „ognie szczęścia”.
Przypada ono na 1 maja, a ściśle mówiąc zaczyna się wieczorem ostatniego dnia kwietnia, gdyż tak jak wiele innych ludów, tak i Celtowie uznawali, że nowy dzień rozpoczyna się wraz z zachodem słońca.
Celtycki rok dzielił się na tylko dwie części:
jasną i ciemną, albo ciepłą i zimną - przez pierwsze pół roku rozpoczętego w czasie Samhain dominuje księżyc i jego zimny blask; podczas drugiej połowy króluje słońce i jego ciepłe promienie. Tak jak podczas świąt Samhain tak i w czasie Beltaine granica pomiędzy światem widzialnym i tajemniczymi zaświatami staje się bardzo cienka i bez większych problemów można ją przekroczyć.
Jak to wyglądało...
Według tradycji ogień w domowych ogniskach powinien płonąć nieprzerwanie od czasu Samhain aż do wigilii Beltaine, kiedy to jest on dokładnie wygaszany. W tym czasie piece i kominy powinny być dokładnie wyczyszczone aby były gotowe na przyjęcie nowego ognia, symbolu nowego początku.
Wieczorem druidzi we wszystkich celtyckich krajach rozpalali ognie Beltaine - a był to prawdziwy wywodzący się z zamierzchłych czasów akt magii, ponieważ ogniska rozpalane były po to aby sprowadzić słoneczne światło na ziemię. Największe ogniska rozpalane były ze specjalnie przygotowanego chrustu zebranego przez 3 razy po 3 ludzi z drewna dziewięciu świętych drzew. Kiedy ogień rozpalił się na dobre ogłaszał tym samym tryumf światła nad ciemnością na następne pół roku.
Kiedy cały szczyt wzgórza rozjaśniał się ogniem, ludzie dorzucali gałęzie do świeżo rozpalonego ognia i już płonące obracali nad głowami imitując w ten sposób słoneczne promienie. Jeżeli ktokolwiek planował długą podróż, skakał trzy razy w tą i z powrotem przez ogień na szczęście. Kiedy płomienie już przygasły zaczynały przez nie skakać młode kobiety - po to, żeby sprowadzić sobie dobrych mężów. Nawet ciężarne kobiety przechodziły przez popioły aby zapewnić sobie spokojny poród. Także dzieci przyłączały się do wspólnej zabawy. Kiedy ogień w końcu zgasł, żarzące się jeszcze węgle rozrzucane były wśród wzrastających roślin żeby je chronić przed suszą i chorobami. Każda rodzina zabierała też odrobinę żaru do domu aby rozpalić od niego ponownie domowe ognisko. Ponieważ Celtowie byli generalnie ludem pasterskim, Beltaine było porą kiedy bydło zostawało wypuszczane na swe letnie pastwiska na wyższych zboczach. Stada, dla oczyszczenia, również były przeprowadzane przez święte ognie Beltaine. W końcu w tym właśnie dniu młodzi Celtyccy wojownicy sprawdzali swe umiejętności bojowe w „igrzyskach” Beltaine.
Ale wielkie ogniska to nie wszystko.
Młode kobiety zbierały przez całą noc kwiaty robiąc wianki i wplatając je we włosy. Zbierały też głóg i inne rośliny do udekorowania domów. Mężczyźni w tym czasie szukali i przygotowywali tzw. maypole, czyli pozbawiony gałęzi pień drzewa (najczęściej z brzozy lub jesionu) wbity pionowo w ziemię, przyozdabiany następnie wstążkami i zielonymi roślinami. Na koniec ktoś wspinał się na szczyt i umieszczał tam koronę z kwiatów. Jest to oczywisty symbol falliczny (o czym pisze też Andrzej Sapkowski w swoim leksykonie fantasy), ale nie tylko - oznacza też symboliczny środek świata i symbolizuje jeszcze starszy znak Drzewa Życia.
Beltaine było czasem wzrostu i narodzin, czasem nieposkromionej radości, starzy i młodzi spędzali tę noc w najprzyjemniejszy z możliwych sposobów... Rankiem wszyscy wracali do domów niosąc naręcza gałęzi głogu (majowego drzewa) i różnych wiosennych kwiatów, którymi przyozdabiali siebie, swoje rodziny i domostwa. W drodze powrotnej zatrzymywano się przy każdym domu, zostawiając część kwiatów, otrzymując w zamian najlepsze jadło i napoje jakie dom mógł zaoferować.
Po chwili odpoczynku tańce i zabawa rozpoczynały się ponownie. Jej uczestnicy prowadzeni byli przez Majową Królową wybieraną spośród młodych, niezamężnych kobiet, ona z kolei dobierała sobie „małżonka”, nazywanego często Zielonym Człowiekiem (od dawno zapomnianego starego boga dzikich ostępów). Obwożeni byli przez całą wieś na odkrytym powozie usłanym kwiatami i siedząc na tronie symbolizowali boską parę której jedność symbolizowała święty związek ziemi i słońca.
Beltaine jest obchodzone również jako znak Wielkich Zaślubin pomiędzy bogami i boginiami. Beltaine było tradycyjnym czasem zawierania małżeństw. Celtycką specyfiką było zawieranie próbnych małżeństw, na rok i dzień - jeżeli „małżeństwo” nie sprawdziło się przez ten czas, mężczyzna i kobieta mieli prawo odejść swoją drogą. Dzieci urodzone w dniu święta miały ponoć szczególne szczęście w życiu i w dorosłym życiu cieszyły się wielkim uznaniem.
Co ciekawe, do dzisiaj przetrwało mnóstwo ludowych zwyczajów związanych z tym świętem - i to w całej Brytanii, co świadczy o sile pogańskich obrzędów. Jak wiadomo, ostatni festiwal Beltaine odbył się w roku 1895! na wyspie Arran w Szkocji. Oczywiście w bardzo ograniczonym zakresie, ale zachowane były wszystkie obrzędy związane z ogniem.
Ognie Beltaine można było spotkać w całej Szkocji aż do połowy XIX wieku. Na Szetlandach tańczono wokół ognisk i skakano poprzez płomienie, uważając, że gdy odbędzie się to bez szwanku, ma się zagwarantowane szczęście. Na Szetlandach święto trwało całe trzy dni.
Cloutie Well
Ślady obrzędów Beltaine można zauważyć w legendach związanych z „Cloutie Well” - studni położonej w hrabstwie Inverness w północnej Szkocji. Studnia znajduje się na wrzosowiskach Culloden i znana jest pod wieloma nazwami, takimi jak Tobar Ghorm (niebieska studnia) czy Tobar n'Oige (studnia młodości). „Cloutie” znaczy zaś ubranie, czy raczej łachmany. Stare ubrania są przyczepiane do okolicznych drzew przez pielgrzymów chcących wypowiedzieć życzenie. Studnie miały dla starożytnych Celtów specjalne znaczenie, były źródłami szczęścia, mądrości i dobrego zdrowia. Studnia jest odwiedzana przez Szkotów w pierwszą niedzielę maja, czyli dzień poświęcony słońcu. Ludzie przybywają na długo przed świtem (według tradycji powinni trzymając się z dala od studni przed wschodem słońca, ale nikt już tego nie przestrzega). Przed wypiciem wody ze studni należy najpierw obejść ją trzy razy zgodnie z ruchem słońca i wrzucić srebrną monetę. Na końcu trzeba powiesić na pobliskiej gałęzi kawałek ubrania (dzisiaj używa się do tego zwykłych wstążek) i... wypowiedzieć życzenie :)
Wzrost wymaga nie tylko słońca ale i wilgoci. Rosa Beltaine zebrana przed świtem była uważana za szczególnie wartościową. Ludzie pokropieni majową rosą mieli zapewnione zdrowie, szczęście a w przypadku młodych dziewcząt, piękno. Do dziś młode dziewczyny w górskiej Szkocji wychodzą o świcie aby przemyć twarz w rosie. Zaś aby zapewnić mleczność krów pasterz opiekujący się krowami zanim opadnie rosa powinien sporządzić linę zrobioną z ogonów szkockich krów i wymówić te słowa:
Bainne an te so shios, bainne an te so shuas, 'nam ghogan mhor fhein
W bardzo wolnym tłumaczeniu: mleko stąd do góry, mleko stamtąd w dół, do mego wielkiego cebrzyka - cokolwiek miałoby to znaczyć :)
Beltaine Bannock
Długo utrzymywała się wiara, że w czasie Beltaine elfy, czyli Mniejszy Naród, wychodzą ze swych podziemnych królestw. Aby zwalczyć ich uroki (elfy były oskarżane o wiele różnych niecnych rzeczy, np. kradzież mleka) na zagrodach wieszane były jarzębinowe krzyże a zwierzęta domowe były pokrapiane wodą ze świętych studni. Szczególnie ważne było, żeby w tym czasie nie płonął w domu żaden ogień - pozostałość po zwyczaju gaszenia wszystkich ogni w wigilię Beltaine.
Innym zwyczajem, może nie tak zabawnym ale praktycznym było „naprawianie granic”, co polegało na tym, że obchodzono wzdłuż całą posiadłość i naprawiano każdą usterkę i uszczerbek w ogrodzeniu wymagający korekty.
Ludzie mieszkający w pobliżu wody robili (i robią nadal) girlandy lub wieńce z kwiatów rzucając je potem w strumienie, jeziora lub rzeki błogosławiąc w ten sposób rzeczne duszki. Sympatycznym zwyczajem jest przygotowywanie „majowego koszyka” wypełnionego kwiatami i prezentami - ofiarowuje się go potem osobie potrzebującej opieki, np starszym lub ciężko chorym znajomym.
Elfy i inne magiczne istoty można zobaczyć! O świcie trzeba tylko zrobić pętlę z jarzębinowego pędu i spojrzeć przezeń na zieloną łąkę :)
Podobno kiedy tego dnia wstaje słońce, ci którzy na to czekają mogą zobaczyć jak trzykrotnie zatacza kółko i dopiero potem wznosi się wysoko nad horyzont.
Można też przygotować „majowy puchar” - wino lub poncz do którego dorzucone są liście pachnących kwiatów (np. marzanny) i wypić go razem z ukochaną osobą.
To z tego święta pochodzi tak popularne w Irlandii „wearing of the green”, czyli noszenie na sobie zielonego akcentu - zielone rzeczy nosili już starożytni Irlandczycy na cześć bogów związanych z płodnością i rozwojem, nowym życiem, odnową i ziemią.
Kolorami święta są zwykle: zielony, także żółty, różowy i jasnoniebieski. Do przystrajania używa się głównie kwiatów róż i innych kwiatów, którymi ozdabia się domy i siebie. Spożywa się sałatki, owoce, jagody, ciastka owsiane, różne mleczne przetwory i wina owocowe.
Nazwa Beltaine przetrwała do dzisiaj w języku irlandzkim jako nazwa maja.
Lughnassadh
Lughnassadh to jedno z czterech wielkich celtyckich świąt, wyznaczające zbliżający się koniec lata, obchodzone zawsze pierwszego dnia sierpnia. Do dzisiaj w porównaniu z innymi świętami (Beltaine, Samhain i Imbolc) niewiele pozostało do dziś żywych zwyczajów z nim związanych. Lughnassadh we współczesnym języku irlandzkim nosi nazwę Lunasa, tak też nazywa się cały miesiąc sierpień. Wśród innych narodów celtyckich nazywa się je: Lunasdál (w Szkocji), Laa Luanys (na wyspie Man), Gwl albo Calan Awst czyli sierpniowe święto w Walii. Warto też wspomnieć, że taką nazwę Celtowie odziedziczyli po dawnych pogańskich czasach, później święto to otrzymało swą chrześcijańską nazwę Lammas.
Wśród różnych regionów Irlandii krążą też nazwy: Lughnasa, Lughnas, Lunasa, Lucaid-lahm-fada, święto nosi też nieco dwuznaczne miano festiwalu miłości.
Co jeszcze o nazwie: pochodzi ona oczywiście od imienia największego celtyckiego boga, czyli Lugha. Wyzwolił on Irlandię spod władzy ludu Firbolgów pokonując w bitwie ich wodza, jednookiego Balora. Jednak paradoksalnie nie było to święto poświęcone Lughowi, ale jego przybranej matce, Tailtui (wym. telsza).
Była ona kobietą wywodzącą się z królewskiego rodu Firbolgów. W czasie ich panowania nad wyspą, Lugh wtedy w wieku chłopięcym, przebywał na królewskim dworze jako zakładnik i gwarancja pokory ludu Tuatha de Dannan. Tu mała dygresja - dawne życie Celtów związane było ściśle z plemieniem, wszystko zależało od rodziny i od tego jak jeden z jej członków traktował innych.
Siłę własnej rodziny można było wzmocnić przez kontakty z innymi rodzinami. Żeby pozyskać łąski rodziny królewskiej oddawano jej na wychowanie syna. A najwyższym honorem było wychowanie królewskiego syna. Odzwierciedlenie tego widzimy w legendach Okrągłego Stołu - król Artur wychowywany był przez Hektora z Dzikiego Lasu, czyli tak jak Lugh z dala od rodziny. To właśnie Tailtui opiekowała się małoletnim przyszłym królem Irlandii. Kiedy Firbolgowie ostatecznie zostali pokonani, Tailtui została zmuszona do ręcznego wykarczowania i oczyszczenia wielkich połaci lasu po to aby zwycięski lud mógł uprawiać na tym terenie zboża. Tailtui nie mogła oczywiście podołać takiemu wysiłkowi i wyzionęła ducha. Kiedy Lugh dowiedział się o tym wpadł w niesłychany gniew, zagroził, że rzuci klątwę, która sprawi, że na wykarczowanych polach nie wyrośnie nic poza chwastami. Przezorni ludzie szybko zebrali plony, a żeby udobruchać swego władcę urządzili wielką fiestę na cześć jego przybranej matki.
Tailtui pochowano pod wielkim wzgórzem nazwanym potem jej imieniem. U jego stóp znajduje się do dzisiaj miasteczko Tailteann (w zangielszczonej formie Teltown) w hrabstwie Meath. Jakkolwiek tego letniego dnia odbywały się różne lokalne imprezy, to właśnie w tym mieście odbywały się, powiedzmy, „centralne obchody” Lughnassadh. Odbywało się tam wiele różnych imprez. Jedną z najważniejszych były wielkie zawody sportowe, zorganizowane odrobinę na wzór starożytnych greckich olimpiad, na których młodzi ludzie popisywali swą siłą i umiejętnościami rywalizując w wielu dyscyplinach, z których bardzo istotne były biegi, ujeżdżanie bydła, hurley, szermierka na miecze oraz wyścigi konne i na rydwanach. Nawiązywało to do jednego z opowiadań z tzw. ulsterskiego cyklu mitologicznego, w którym mowa jest o wyścigu pomiędzy królową Macha i Conorem MacNessą (królowa biegła na własnych nogach, a Conor jechał na rydwanie) - z zupełnie naukowego punktu widzenia miało to symbolizować tajemniczą celtycką Zwierzchność przenoszącą do Zaświatów zmarłe dusze.
Jednocześnie odbywał się wielki jarmark, na którym można było wysłuchać wielu pieśni wędrownych bardów, opowieści przyniesionych z każdego zakątku świata, kupić coś u kupców ściągających niczym pszczoły do miodu z bliskich i odległych krain a cyrkowcy dwoili się i troili żeby zabawić gapiów. Jedna z relacji spisana przez naocznego świadka, średniowiecznego irlandzkiego mnicha mówi co on sam widział: „trąbki, harfy, rogi, dudziarze, skrzypkowie, pieśniarze, gwałtowny tłum, hałaśliwy, przeklinający, wrzeszczący i krzyczący...”
Ta irlandzka olimpiada z czasem nabrała wielkiego znaczenia. W festiwalu uczestniczył sam irlandzki arcykról, czyli Ard Ridh, spisywano wtedy formalne ugody, rozwiązywano polityczne spory i odbywano sądy.
Jednak podobne targi odbywały się na mniejszą skalę w każdym prawie zakątku celtyckiego świata, zresztą był to ku temu czas najlepszy, gdyż wtedy właśnie wojownicy wracali z wojen aby zebrać plony i przygotować ziemię na przyszłe siewy. W jednym z wielu irlandzkich manuskryptów, XII-wiecznym dokumencie zwanym „Księgą z Leinster” możemy znaleźć dokładny opis jarmarku w mieście Carmun w hrabstwie Leinster. Odbywał się on raz na trzy lata, zaczynał się 1 sierpnia i ciągnął przez cały tydzień.
Istniał jednak jeszcze jeden aspekt tego letniego święta, kto wie, czy nie najważniejszy: był to dzień, w którym zawierano wszelkiego rodzaju kontrakty i umowy. Istnieje taka opinia, że wszystkie zawody które się wtedy odbywały miały na celu wyłonienie najlepszych pracowników, którzy bez problemu dadzą sobie radę z ciężką pracą na polach i w obejściu przez cały przyszły rok. Ale, znacznie ciekawszym i bardziej interesującym faktem było to, że wybierano sobie nie tylko pracowników, czyli jakbyśmy powiedzieli parobków, ale także... współmałżonków. Tak, był to jeden z dwóch tradycyjnych dni w którym składano sobie przysięgi wierności. Przy czym oryginalnym celtyckim wynalazkiem były tzw. próbne małżeństwa, zwane inaczej brehońskimi. Trwały one rok i jeden dzień - po tym czasie każda ze stron mogła opuścić swego dotychczasowego partnera i poszukać sobie nowego :)
Według zachowanego przekazu wszystko odbywało się w mniej więcej taki sposób:
Młode kobiety i młodzi mężczyźni ustawiali się naprzeciwko siebie po dwóch stronach palisady z wyciętymi małymi otworami w sam raz aby można było przecisnąć przez nie rękę. Po kolei, nie widząc się wzajemnie chłopcy i dziewczęta chwytali się za rękę - od tej chwili stawali się małżeństwem i mogli żyć razem przez następny rok po to, by sprawdzić trwałość związku. Jeżeli nic z tego nie wyszło, para wracała po roku w to samo miejsce i formalnie się rozstawała stając plecami do siebie i odchodząc w przeciwne strony. Co ciekawe taka forma „zawierania znajomości” przetrwała nad wyraz długo i jeszcze w XVIII wieku ów „ślubny targ” w Teltown uważany był za skandalizujący a do dzisiaj angielski zwrot „tailten marriage” oznacza okazjonalny związek miłosny!
Ów zwyczaj składania przysiąg również związany jest z Lughiem, choć może w niezbyt oczywisty sposób. Otóż jego imię wywodzi się od starego celtyckiego słowa „lugio”, oznaczającego dokładnie „przysięgę”.
Podczas święta zawieszone powinny być wszelkie waśnie pomiędzy skłóconymi ludźmi, w taki sam sposób jak to niegdyś uczynili śmiertelni wrogowie - Firbolgowie i Tuatha de Dannan. Pod wieczór na zakończenie festiwalu rozpoczynała się oczywiście zabawa taneczna, na której bawiono się w rytm skocznej irlandzkiej muzyki granej na melodeonie, skrzypcach i flecie. Dość rozpowszechniony był zwyczaj wedle którego wybierano wśród wszystkich zgromadzonych jedną kobietę, sadzano ją potem na tronie i ozdabiano czoło koroną letnich kwiatów, a pod nogi rzucano kwietne girlandy. Pozostali tańczyli wokół niej dotykając girland i odrywając kawałeczki na szczęście.
Chrześcijańską wersją Lughnasadh było Lammas, czyli albo „loaf-mass” (od staroangielskiego terminu oznaczającego czasy zbioru plonów). Tego dnia do dziś wypieka się chleb z mąki z pierwszych zebranych ziaren. Następnie ofiarowuje się go w świątyniach pozostawiając go w bocznych niszach. Lammas pojawiło się po raz pierwszy w okolicy XI-XII wieku, kiedy kościół pragnąc związać bardziej ludzi ze sobą zaadaptował do własnych celów wciąż żywe echa pogańskich zwyczajów. W dawnych czasach tego dnia poddani składali podatki i płacili dziesięcinę.
Jednym z zadziwiających zwyczajów, który przetrwał niemalże do dnia dzisiejszego jest ten każący mieszkańcom wsi przyprowadzenie nad brzeg morza koni i ich kąpiel w morskiej wodzie.
Lughnassadh było zaliczane do kategorii festiwali ognia, tak samo jak pozostałe trzy wielkie celtyckie święta. Tak jak i podczas Beltaine rozpalano na szczytach co większych wzgórz ogromne ogniska - ten zwyczaj obowiązywał w wielu irlandzkich wsiach aż do końca XIX wieku. W co niektórych regionach zielonej wyspy starsze kobiety wiązały bydłu czerwone lub niebieskie wstążki na głowach, odmawiając przy tym modlitwy. Żeby zaś pozyskiwane od krów mleko zachowywało zawsze świeżość do udojonego tego dnia wrzucano kłębek krowiej sierści. Z mleka tego przygotowywano następnie specjalny twaróg i ser. Pieczywo wypiekane tego dnia w tradycyjny sposób z przaśnej mąki otrzymywało nazwę „Moilean Maire” i poświęcone było Matce Bożej.
W ogóle warto zauważyć, że pod pewnym względem święto przetrwało do dzisiaj, aczkolwiek przesunęło się nieco w czasie i związane jest ze świętem Wniebowzięcia NMP, czyli La Feill Moire. A jeżeli weźmiemy pod uwagę, że przed wprowadzeniem kalendarza gregoriańskiego przypadało ono niemal dokładnie 1 sierpnia, to wszystko staje się jasne. Dawni Irlandczycy bez oporów przyjęli nową wiarę i nowe zwyczaje widząc w Marii, Matce Bożej boginię ziemi Tailtui, przybraną matkę króla Słońca - Lugha.
Wśród celtyckich narodów Europy tradycje związane ze świętem Lughnassadh są czasem wręcz zaskakująco żywe. Obchodzone jest ono zwykle w pierwszą niedzielę sierpnia, albo tydzień wcześniej. We współczesnej Irlandii jest to tradycyjny dzień „piknikowy”, kiedy całe rodziny wyruszają poza miasta, na wieś, na zielone wzgórza w poszukiwaniu... jagód. Niewielu z nich wie, że czarne jagody były niegdyś symbolicznym darem Matki Ziemi ofiarowanym ludziom w najgorętszą część roku. No i oczywiście wciąż odbywają się różnego rodzaju targi i jarmarki - wszędzie tam gdzie dotarli Celtowie.
W tym dniu w miarę możliwości wciąż spożywa się tradycyjne potrawy (dzisiaj co najwyżej kupione w puszce), takie jak colcannon, czyli specyficzny rodzaj placków z gotowanych ziemniaków, cebuli, czosnku i ogórka z dodatkiem dużej ilości masła i podawanych z gorącym mlekiem. Na deser spożywa się boxty, czyli „inną formę ziemniaka” - są to swego rodzaju ciasteczka smażone na tłuszczu. No i oczywiście nie można się obejść bez jagód, czyli fraocháin - ważne jest tutaj, aby zebrać je samemu. Z zebranych owoców robiło się czasem jagodziane wino, polecane zwłaszcza zakochanym, gdyż podobno... miało w sobie siłę przyspieszania zamążpójścia bądź ożenku :)
Samhain
Samhain
(czyli koniec lata, albo święto gasnącego słońca) było starym irlandzkim świętem, a zarazem nazwą pierwszego miesiąca celtyckiego roku. Był miesiącem, ogłaszającym nadejście czasów chłodu i ciemności. Samo święto trwało aż dziewięć dni jak żadne inne nie rozpalało tak wyobraźni Celtów, i tak już pełnej nadnaturalnych sił życia i śmierci. Jak wszystkie celtyckie święta, i to było obchodzona na trzech płaszczyznach. Na poziomie materialnym był to czas na przygotowywanie zapasów na nadchodzącą zimę, gromadzenie ludzi i bydła rozproszonego po wzgórzach i dolinach, czas powrotu do zimowych osad a także najlepszy okres na wzmocnienie nadszarpniętych więzów rodzinnych i towarzyskich. Ten aspekt święta był bardzo praktyczny i potrzebny, nawiązywał do celtyckiej filozofii religijnej, mówiącej o tym, że wszyscy są częścią wielkiego ducha klanowego, przywoływanego właśnie w tej porze roku.
Bycie samotnym lub opuszczonym w tym dniu oznaczało wystawienie duszy na zagubienie w bezładnych Zaświatach. Dzisiaj istota tej części święta zatraciła swe znaczenie dla większości potomków starożytnych Celtów. Na ten aspekt należy spojrzeć z punktu widzenia członków szczepu dla których zły sezon znaczył długi okres głodu, ciężką zimę, której wielu z nich może nie przetrwać.
Z drugiej strony był to czas wewnętrznego skupienia dla ludzi. Dla tej wojowniczej rasy śmierć nigdy nie oddalała się zanadto, nie była takim tragicznym wydarzeniem, jakim jest dzisiaj. To co było bardzo ważne dla tych ludzi to śmierć z honorem i życie w pamięci klanu i bycie wspominanym na wielkim święcie Fleadh nan Mairbh (święto zmarłych), które odbywało się w wigilię Samhain.
Był to najbardziej magiczny dzień w roku, w tym dniu śmierć nie istniała. Podczas nocy, wielka tarcza Skathach ochraniająca świat żywych zostawała opuszczana, pozwalając aby zanikła bariera pomiędzy dwoma światami i żeby siły chaosu wtargnęły do naszej rzeczywistości. Nawet dzisiaj słyszy się opowieści o tym jak nagle rzeczy, bydło i inwentarz domowy przemieszczają się z pola na pole czy też jak „coś” próbuje rozbić okna w domach.
Wtedy duchy zmarłych i tych członków klanu, którzy się jeszcze nie urodzili spacerowali swobodnie pomiędzy żyjącymi. Na ich cześć były przygotowywane jedzenie i rozrywka. W ten sposób klan był jednocześnie przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Ten aspekt święta nigdy nie został całkowicie wykorzeniony przez chrześcijaństwo i przetrwał do dzisiaj w postaci święta Halloween. Dla większości ludzi został przyjęty jako istotę święta Samhain.
I na końcu, trzeci poziom kosmicznego święta, wschód Plejad, zimowych gwiazd, ogłaszał przewagę nocy nad dniem, ciemnej połowy natury rządzonej przez rzeczywistości księżyca. W ciągu trzech dni poprzedzających miesiąc Samhain, Lug - Bóg Słońce, okaleczony w Lughnassadh (inne z ważnych celtyckich świąt) umiera z rąk Księżyca, swojego drugiego wcielenia, które jest Panem Anarchii. Lugh przechodzi przez granice światów pierwszego dnia Samhain. Nowy bóg jest skąpym władcą, pomimo, że świeci jasno na zimowym niebie, nie daje ziemi ani trochę swego ciepła. Nie potrafi ocieplić północnego wiatru, który jest oddechem Staruchy, Cailleach Bheare. Widzimy w tym odwieczną walkę pomiędzy światłem i ciemnością, siłami wzrostu i zagłady, życia i śmierci, ale nigdy dobra i zła. Pomiędzy tymi dwoma istotami, Słońcem i Księżycem leży porządek wszechrzeczy, który stanowi oparcie dla całego życia w naszym świecie. Cykliczna harmonia dominacji każdej ze stron oznacza, że ani życie ani śmierć nie może dzierżyć trwałej władzy nad światem.
Jedno z tych celtyckich „świąt ognia” jest dzisiaj obchodzone w Burghead w Szkocji, 11 stycznia każdego roku (Nowy Rok według starego, juliańskiego, kalendarza). Znany jest pod nazwą „burning of the clavie”, posiada wiele wspólnego ze świętem Samhain.
Mianem „clavie” określane były niegdyś beczki po śledziach, wypełnione smołą i suchym drewnem. Dzisiaj są to metalowe beczki po whisky, impregnowane kreozotem. Beczka jest przybita do pojedynczego pala - co roku używane są te same gwoździe. Clavie jest zapalana od torfu z paleniska jednego z domów w Burghead przez wybranego wcześniej Króla Clavie. Następnie dziesięciu ludzi (najczęściej rybaków) robi z płonącą beczką rundę wokół ulic miasteczka, od czasu do czasu zatrzymując się przy domach w których mieszkali zasłużeni dla osady ludzi aby ofiarować ich mieszkańcom część tlącej się zawartości beczki, mającej przynieść szczęście na cały nadchodzący rok.
Ludzie przechodzą do kamiennego ołtarza w starym forcie na wzgórzach Doorie, clavie zostaje ustawiona na ziemi i dodaje się doń więcej smoły i drewna, tak że wkrótce całe zbocze pokrywa się blaskiem płomieni, po czym wszyscy rozchodzą się do domów.
W Irlandii i Brytanii ludzie do dziś wierzą, że tego dnia dusze zmarłych wracają na ziemię do wszystkich miejsc jakie znali za życia. Pokój w którym mieszkała zmarła osoba nie może tego dnia być zamiatany ani wycierany z kurzu, bo można przy okazji wymieść i duszę; należy też zostawić dla niej jedzenie. Należy też przykryć wszystkie naczynia z wodą, żeby dusza przypadkiem się w nich nie utopiła. Nie można do niej mówić ani w żaden inny sposób przeszkadzać; poza tym nie można zamykać żadnych drzwi w domu, przez które zmarła osoba często przechodziła. Wszystkie te warunki muszą byc spełnione, inaczej... można poczuć na sobie gniew zmarłych.
Innym zwyczajem, jest tradycja robienia „tumpshie”, czyli latarni z... rzepy. Czubek dużej rzepy jest odcinany a środek wydrążany; następnie wycina się w ściance „czaszkopodobną” twarz. Na końcu zapalana jest w środku świeca. Dzisiaj wszyscy chyba znają ten zwyczaj, tylko z użyciem dyni. Symbolika twarzy śmierci, dusz które odeszły na tamten świat pozostaje ciągle silna.
Ciemność która nadchodzi rozjaśnić może światło i ogień, stąd mamy ognie Halloween, rozpalane na szczytach wzgórz we wszystkich celtyckich krajach. Fizyczne granice świata porządku mogą być przywrócone przez obnoszenie zapalonych pochodni wzdłuż granic posiadłości. W Perthshire świąteczny ogień rozpalany jest z wrzosów i janowca przybranych lnianym płótnem, zatykany na wysokim palu i obnoszony potem po ulicach.
Jak wspominałem, w Samhain krążą po świecie duchy zmarłych a także mieszkańcy sidhe, sluagh. Na Hebrydach, mary na których było wynoszone ciało zmarłego pali się, aby sluagh nie mogli użyć ich ponownie do wykradzenia duszy. Także wyprawienie się tego dnia poza obręb osady grozi porwaniem przez groźnych mieszkańców Zaświatów. Stąd pewnie bierze się zwyczaj „zmiany oblicza”. Młodzi ludzie zakładają dziwaczne maski lub malują na czarno twarze zanim tego dnia wyruszą w podróż, wszystko po to aby nie zostać rozpoznanym i „zabranym” przez duchy.
W Irlandii wierzono, że wszelka nie zebrana do tej daty żywność nie nadawała się już do spożycia - wiszące jeszcze na gałązkach jagody i inne owoce miły być opluwane i niszczone przez fearies. Żeby zapobiec dalszym zniszczeniom, zostawiano im w miseczkach wodę i jedzenie, a drzwi, dzieci i domowe zwierzęta spryskiwano wodą święconą.
Imbloc
W celtyckim kalendarzu, święto Imbolc (albo rzadziej Oimelc) obchodzi się 1 lutego, i poswięcone jest Brigidh (Brigid or Bride), bogini która w poźniejszych czasach stała się chrześcijańską świętą.
Obchodzone jest kiedy zima, której uosobieniem jest stara kobieta Cailleach, musi ustąpić miejsca pani wiosny, Bigidh - świeżość wzrasta w siłę każdego dnia wraz ze słońcem święcącym coraz wyżej i wyżej, pokrywając ziemię na powrót zielenią.
Obydwie nazwy święta nawiązują do pory, w której owce zaczynają dawać mleko, co oznacza powrót dających życie sił wiosny. W późniejszych latach, kościół zastąpił to święto dniem Candlemas czyli dniem Matki Boskiej Gromnicznej, obchodzonym 2 lutego, czyli dzień później. Potężny wizerunek Brygidy, przynoszącej światło, odciskał swoje piętno zarówno na chrześcijańskich, jak i pogańskich obrzędach. Na większości obszaru Wysp Brytyjskich, luty jest najzimniejszym i najtrudniejszym do życia miesiącem. W starej Szkocji, okres ten nazywany był Faoilleach, miesiącem wilków, albo marbh-mhins, czyli miesiącem śmierci.
Jednak pomimo tego, że ta pora roku była tak zimna i martwa, małe acz uparte oznaki nowego życia zaczynały się pojawiać: rodziły się jagnięta, a deszcz przynosił ze sobą świeżą trawę. Kruki zaczynały budować swoje gniazda a lelki jak powiadano zaczynały śpiewać czystszym głosem. W Irlandii, ziemia była już gotowa przyjąć nowe ziarna, rodziły się cielęta a rybacy zaczynali wyglądać niecierpliwie końca zimowych burz, żeby w końcu znowu wypłynąć na łowiska.
Kuszące jest wyobrażenie sobie tej delikatnej bogini wczesnej wiosny dokładnie tak jak na słynnym obrazie szkockiego artysty, Johna Duncana - "The Coming of Bride": młodej dziewczyny otoczonej wianuszkiem dzieci. Lecz poza jej dziewczęcą niewinnością leży potęga potężnego niegdyś bóstwa, Brighid, której imię znaczy "wywyższona", królowej i bogini-matki wielu europejskich plemion. Znana jest również jako Brigid, Bridget, Brighid, Brighde, Brig lub Bride, niektórzy językoznawcy rozważają nawet pochodzenie jej imienia od sanskryckiego słowa brihati, określającego boskość. X-wieczny glosariusz Cormaca opisuje ją jako córkę Dagdy, "wielkiego boga" ludu Tuatha de Danaan. Określona jest tam jako "kobieta mądrości, bogini, którą adorują poeci, ponieważ jej protekcja była bardzo wielka i bardzo sławna". Ponieważ celtyccy poeci, filidzi, zaangażowani byli też w przepowiadanie przyszłości, Brygid uważana była jako znakomite źródło inspiracji i natchnienie wyroczni.
Z nadejściem chrześcijaństwa, potężna energia pogańskiej bogini zaowocowała powstaniem najbardziej wielbionej świętej, drugiej zaraz za świętym Patrykiem. Ta transformacja dokonała się prawie literalnie w Drumeague w miejscu zwanym "górą trzech bogów". W tym miejscu kamienna głowa Brygid była czczona jako potrójne bóstwo, lecz z nadejściem chrześcijaństwa została ukryta w neolitycznym grobowcu. Później została odkryta w miejscu swego "pochówku" i umieszczona w lokalnym kościele, w którym została "kanonizowana" jako "święta Brygida z Knockbridge". Pomimo iż powstało wiele legend związanych z tą postacią, nie ma żadnych danych świadczących iż była ona postacią historyczną. Świadectwa umieszczone w jej żywotach ukazują to, co James Frazer nazywa "boginią w wyświechtanym płaszczyku"
Nadejście Bride swiętowane było w Highlandach i na Wyspach gorącymi modlitwami i pieśniami. Spośród wielu, do dzisiaj przetrwało zaledwie kilka - "Płaszcz Bride", "Modlitwa Bride" - porzucone muszelki na zapomnianym brzegu tradycji. Jednak dzięki pracy etnografów udało się zapisać kilka dawnych zwyczajów związanych z dniem świętej Brigidth. W wigilię święta Bride młode dziewczęta skręcały ze snopków ludzką postać i ozdabiały ją kolorowymi muszelkami i błyszczącymi kryształkami, razem z przebiśniegami, prymulkami i innymi wczesnymi kwiatkami oraz zielonymi roślinami. Szczególnie wyróżniającą się ozdobę umieszczano w miejscu serca, nazywając ją "gwiazdą przewodnią Bride", nawiązując rzecz jasna do gwiazdy betlejemskiej. Figurka nazywana była Brideag, małą Bride, i obnoszona wokół w procesji młodych dziewcząt ubranych na biało i z rozpuszczonymi włosami, uosabiając ducha czystości i młodości. Każdy dom, który odwiedziły, musiał płacić im "daninę" w postaci kwiatów, bułeczek, sera czy masła, odwdzięczając się Bride wobec jej hojności w obdarowywaniu pożywieniem. Po obejściu wszystkich domów, wracały do tego, z którego wyszły i przez całą noc przygotowywały ucztę na następny dzień. Młodzi chłopcy wkrótce przychodzili stukając do drzwi i pozwalano im wejść za opłatą dla Bride - razem spiewano pieśni, tańczono i bawiono się aż do nastania świtu. Z pierwszym światłem jutrzenki, wszyscy chwytali się za ręce i śpiewali hymn ku czci Bride i rozdawali to co zostało z posiłku wśród biednych mieszkańców osady.